Nocne lato nad jeziorem – opowiadanie młodzieżowe o lecie nad jeziorem i o tym, jak dwaj chłopcy próbują nie zwariować od własnych myśli. Bartek ucieka wieczorami z domu „tylko na chwilę”, ale ta chwila zawsze kończy się na starym pomoście za wsią. Janek przychodzi tam, kiedy ma dość ciszy w pustym domu i tykania zegara. Jedna pierwsza ciepła noc, wspólne siedzenie na pomoście, głupie teksty i nagłe nocne skakanie do lodowatej wody sprawiają, że między nimi pojawia się coś więcej niż zwykła znajomość. Rano przychodzą plotki, komentarze spod sklepu i własne „kurwa, czemu się otworzyłem?”. Kilka dni ciszy, burza nad jeziorem i przypadkowe spotkanie pod wiatą zmuszają ich do rozmowy o strachu, etykietkach i tym, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Ostatnia noc przed wakacjami staje się wyborem: udawać, że to był tylko wybryk, czy przyznać, że nie chcą już siedzieć nad jeziorem zupełnie sami.
1. Pierwsza ciepła noc nad jeziorem
To była ta pierwsza noc w roku, kiedy serio można było powiedzieć: „jest lato”, chociaż w kalendarzu nadal wisiał czerwiec.
W dzień było duszno jak w szklarni, ale dopiero wieczorem dało się oddychać. Powietrze nad wsią pachniało kurzem po wyschniętych kałużach, dymem z pierwszych ognisk i mokrą trawą. Z daleka słychać było pojedyncze szczeknięcia psów i basowy pomruk traktora, który ktoś jeszcze uparcie odpalał „na chwilę”.
Bartek wyszedł z domu „tylko na moment”.
– Gdzie idziesz o tej porze? – zapytała mama, opierając się o framugę.
– Przejść się – rzucił. – Gorąco w pokoju, nie zasnę.
Nie musiał dodawać, gdzie. Każdy wiedział, że jeśli ktoś z ich końca wsi idzie wieczorem „przejść się”, to nogi i tak zaniosą go nad jezioro.
Droga za ostatnimi domami była mu znana na pamięć. Trzask żwiru pod butami, szelest wysokich traw, ciemne zarysy drzew. Komary zaczynały już swój koncert, ale Bartek machnął tylko ręką – letnie noce nad wodą miały swoją cenę.
Jezioro leżało za ścianą krzaków jak czarna tafla z pojedynczymi odbłyskami świateł z drugiego brzegu. Od strony „głównej plaży” dochodziły jeszcze resztki śmiechu – ktoś pewnie kończył ognisko „na koniec roku szkolnego”, może grał już trzeci raz tę samą piosenkę z telefonu.
Bartek odbił w bok, w stronę starego pomostu, trochę na uboczu. Lubił to miejsce. W dzień dzieci skakały stąd do wody, w weekendy okupowali go wędkarze, ale wieczorami zazwyczaj był pusty.
Zazwyczaj.
Tym razem na końcu pomostu ktoś siedział. Sylwetka w ciemnej bluzie, nogi zwieszone nad wodą, w dłoni puszka. Profil oświetlony od tyłu słabym światłem lampy z drugiego brzegu.
„Kurde” – pomyślał Bartek. – „Tylko tego brakowało.”
Już miał zawrócić, kiedy sylwetka odwróciła głowę.
– Słyszę cię, wiesz? – odezwał się chłopak. – Ten pomost nie ma tłumika.
Głos zabrzmiał znajomo, ale nie tak, żeby Bartek od razu umiał przypisać go do nazwiska.
– Myślałem, że może nie chcesz towarzystwa – rzucił, podchodząc jednak bliżej.
– Myślałem, że może to jezioro nie chce towarzystwa – odpowiedział chłopak. – Ale skoro już tu jesteś… to chyba przeżyje.
Bartek podszedł na tyle, żeby rozpoznać twarz.
Janek.
Znał go „z widzenia”. Z drugiego końca wsi, z Orlika, ze sklepu, gdzie czasem stali w kolejce po to samo piwo dla „wujka”. Nigdy jednak nie gadali dłużej niż „podasz mi tamto?” albo „masz może ognia?”.
– Siadaj – Janek klepnął deski obok siebie. – Pomost nie gryzie.
– Tylko skrzypi – mruknął Bartek, ale usiadł.
Drewno było jeszcze ciepłe po całym dniu, woda pod stopami czarna, spokojna.
– Ciepło, co? – Janek upił łyk z puszki. – W dzień było jak w saunie.
– Mhm – Bartek spojrzał przed siebie. – W domu też jak w piekarniku. Chociaż tam przynajmniej nie ma komarów.
– Komary to pół klimatu – Janek się uśmiechnął. – Bez nich nie ma prawdziwej nocy nad jeziorem.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, wsłuchani w odgłosy wody i oddalone głosy z plaży.
Bartek poczuł, że coś w nim się rozluźnia. Było późno, nic już od niego nie wymagano, nikt nie pytał „jak szkoła”, „a co z wakacjami”, „a gdzie pójdziesz dalej”. Był tylko on, jezioro i ten koleś obok, którego nigdy nie miał okazji naprawdę poznać.
– Często tu siedzisz? – zapytał w końcu, bardziej żeby coś powiedzieć, niż z ciekawości.
– Od kiedy mam dość ludzi – odparł Janek. – Czyli ostatnio dość często.
Bartek parsknął cicho.
– To może będziemy się częściej mijać – rzucił. – Też mam ostatnio dość ludzi.
2. Molo, komary i „co tu właściwie robimy?”
Komary zaczęły atakować bardziej zdecydowanie. Nad głowami krążyły pojedyncze ćmy, przy brzegu coś chlupnęło – pewnie ryba albo żaba, Bartek nie znał się na tym.
– Chcesz? – Janek podał mu puszkę.
– Co to? – Bartek powąchał z przyzwyczajenia.
– Spokojnie, nie trucizna – roześmiał się Janek. – Zwykły napój. Alkohol już wypili ci z plaży.
Bartek upił mały łyk. Słodkie, gazowane, lemoniada z czymś.
– Myślałem, że będziesz miał stronga – zauważył.
– Myślałem – Janek oparł łokcie o kolana – że jak przyjdę tu pierwszy raz bez butelki, to mi się wszystko szybciej rozsypie w głowie. A potem się okazało, że bez butelki… dalej też się rozsypuje, ale przynajmniej pamiętam, co myślałem.
– Mocna filozofia jak na noc nad jeziorem – skomentował Bartek.
– Kurwa, czasem człowiek musi być mądry chociaż przez pięć minut w tygodniu – Janek wzruszył ramionami. – Potem znowu może być debilem.
Bartek się uśmiechnął. To było coś, czego brakowało mu w rozmowach z rówieśnikami: szczerość podszyta głupim żartem, ale bez udawania, że wszystko jest super.
– A ty co tu robisz? – Janek spojrzał mu w profil. – Bo wiesz, nie każdy przychodzi tu sam, w środku nocy, tylko po to, żeby policzyć gwiazdy.
Bartek spojrzał na niebo. Kilka gwiazd było widać mimo miejskiego światła, ale nie na tyle, żeby robić z tego romantyczne tło.
– Nie śpię ostatnio – przyznał po chwili. – W domu jest… głośno od myśli. Tu jest… ciszej.
– U mnie odwrotnie – Janek spojrzał na ciemną linię drzew. – W domu jest cicho jak w grobie. Tu przynajmniej coś się rusza.
Bartek zerknął na niego.
– W sensie? – zapytał ostrożnie.
– Rodzice w robocie po dwanaście godzin, siostra w internacie, pies śpi – wyliczył Janek. – Jak siedzisz sam w kuchni wieczorem, to słyszysz tylko tykanie zegara i własne myśli. A nad jeziorem przynajmniej masz komary i ludzi z daleka, żebyś nie zwariował.
– Brzmi… znajomo, tylko odwrotnie – Bartek wzruszył ramionami. – U mnie w domu każdy coś gada. Mama o tym, żeby nie siedzieć do późna, ojciec o tym, że trzeba „ogarnąć coś na lato”, babcia o tym, że „on w tym wieku to już powinien…”. Człowiek by chciał raz usłyszeć tylko zegar.
– To może byśmy zrobili wymianę? – Janek się uśmiechnął. – Ja biorę ci zegar, ty bierzesz moją ciszę. Zobaczymy, kto pierwszy się podda.
– Brzmi jak słaby interes – Bartek pokręcił głową. – Ale nad jeziorem możemy siedzieć razem. Każdy z własnym syfem w głowie.
– Deal – Janek wyciągnął do niego rękę.
To był głupi gest, bardziej pod żart, ale kiedy Bartek go odwzajemnił, przez sekundę poczuł, że coś jakby lekko „kliknęło”.
Cisza, która zapadła potem, była inna niż na początku. Już nie ta niezręczna, tylko taka, w której dwie osoby siedzą obok siebie i wcale nie muszą mówić co pięć sekund, żeby nie było dziwnie.
Z plaży dobiegł nagły wrzask:
– Dawaj, skacz!
Ktoś chlupnął do wody, ktoś zaklął, ktoś się roześmiał. Janek przewrócił oczami.
– Zawsze ci sami – mruknął. – Jakby im brakowało mózgu, to by sobie skakaniem go nie wyrobili.
– Lepiej, że skaczą tam niż tu – zauważył Bartek. – Przynajmniej mamy spokój.
– Spokój to za duże słowo – poprawił go Janek. – Ale jest… inaczej. Lepsze „dwie osoby na pomoście” niż „cała wieś na plaży”.
Bartek kiwnął głową, wpatrując się w czarną wodę. W głowie przebiegła mu myśl, której jeszcze nie umiał złapać: że dawno nie czuł się tak „na miejscu”, choć formalnie było to tylko parę desek nad jeziorem i chłopak, z którym do tej pory zamienił w życiu może dziesięć zdań.
– Zimno ci? – zapytał Janek, widząc, jak Bartek poprawia koszulkę.
– Trochę – przyznał. – Ale w domu będzie goręcej. Nie chodzi o temperaturę.
– Wiem – odparł Janek krótko.
I to „wiem” znaczyło więcej niż długi wykład.
3. Nocne kąpiele i granica odwagi
Minęło może pół godziny. Jezioro było coraz ciemniejsze, głosy z plaży coraz bardziej rozmyte. Para, która wcześniej siedziała bliżej brzegu, zwinęła koc i poszła, zostawiając ich dwóch na całym odcinku wody.
– Wiesz, że jesteśmy tu praktycznie sami? – zauważył Janek.
– Wiem – odpowiedział Bartek. – Co, boisz się duchów jeziora?
– Bardziej boję się swojego mózgu – parsknął Janek. – Duchy przynajmniej nie gadają głupot.
– Zależy, jakie – rzucił Bartek.
Zapadła krótka cisza.
– Kąpałeś się kiedyś w nocy? – zapytał nagle Janek.
– Jak miałem dziesięć lat – przypomniał sobie Bartek. – Z kuzynem. Prawie się posikaliśmy ze strachu, że coś nas złapie za nogę.
– No i? – Janek zerknął na niego. – Złapało?
– Nie, ale do dziś nie wiem, co tam pluskało – przyznał.
Janek spojrzał na spokojną taflę wody.
– Kurde, mam ochotę wskoczyć – powiedział.
– Teraz? – Bartek uniósł brwi. – Jest prawie północ.
– No to co? – Janek wzruszył ramionami. – W dzień jest łatwo. Nocą jest odwaga.
– Albo głupota – zauważył Bartek.
– Często to to samo – Janek uśmiechnął się krzywo. – Ale jak nie teraz, to kiedy? Za rok? Jak już nie będziemy tu mieszkać?
Te słowa zawiesiły się w powietrzu.
– Wyjeżdżasz? – zapytał cicho Bartek.
Janek wzruszył ramionami, patrząc na wodę.
– Może – odparł. – Rodzice gadają coś o pracy gdzieś dalej, o tym, że „trzeba coś zmienić”. Ja też czasem myślę, że jak zostanę, to zwariuję. Ale jak myślę o tym jeziorze, tym pomoście… – urwał. – No nieważne.
– Dla mnie nie jest nieważne – powiedział Bartek.
Chwilę siedzieli w milczeniu.
– Dobra – Janek wstał nagle. – Albo gadamy w kółko, albo robimy coś głupiego.
Zaczął ściągać buty.
– Serio? – Bartek patrzył na niego, jakby ten postanowił polecieć na Księżyc.
– Serio – Janek rzucił buty na pomost, potem zdjął koszulkę. – Jak wbijesz ze mną, to przestanę mówić, że jesteś nudny.
– Nie jestem nudny – oburzył się odruchowo Bartek.
– To udowodnij – Janek stanął na krawędzi pomostu, w samych spodenkach. – W najgorszym wypadku będzie nam zimno i wrócimy z katarem.
Bartek patrzył na ciemną wodę, potem na Janka.
„Kurwa” – pomyślał. – „To jest ten moment, kiedy albo będę opowiadał o tym przez dziesięć lat, albo będę żałował przez dziesięć lat.”
Westchnął, ściągnął buty.
– Jak się utopimy, to będzie twoja wina – rzucił.
– Jak się utopimy, to już nikomu nie powiesz, że to moja wina – odpowiedział Janek.
Zanim Bartek zdążył się rozmyślić, Janek krzyknął:
– Trzy… dwa… jeden…!
I wskoczył do jeziora z głośnym pluskiem.
Woda była lodowata.
– Kurwa! – krzyknął Janek z dołu. – Zimne jak serce mojej byłej!
Bartek roześmiał się, mimo że adrenalina ściskała mu gardło. Podszedł do krawędzi.
– Dawaj! – usłyszał. – Zanim się rozmyślisz!
Skoczył.
Zanurzenie było szokiem. Zimno wbiło mu się w płuca, jakby ktoś przyłożył tam lód. Wypłynął szybko, łapiąc powietrze.
– Pojebane! – wyrzucił z siebie, ale śmiał się, nawet kaszląc.
– Witaj w klubie – Janek machnął ręką, rozchlapując wodę. – Widzisz? Żyjesz.
Popłynęli kawałek od pomostu, powoli, trochę niezdarnie. Nad nimi – ciemne niebo, z boku światła z brzegu, przed nimi tylko czarna powierzchnia.
– Czujesz to? – zapytał Janek po chwili, szeptem, jakby ktoś mógł ich podsłuchać.
– Co? Zimną wodę? – prychnął Bartek.
– To, że tu i teraz – Janek spojrzał w górę – nic nie musisz. Nie ma ocen, nie ma pracy, nie ma rodziny. Jest tylko ty, jezioro i ktoś obok, kto też w to wskoczył.
Bartek przez sekundę nic nie powiedział. Poczuł, że mimo zimna robi mu się w środku ciepło.
– Gdybyś mi to powiedział na trzeźwo w dzień, to bym cię wyśmiał – stwierdził.
– Jest noc – przypomniał Janek. – Noc to inny system wartości.
Pływali jeszcze chwilę, aż zęby zaczęły im szczękać, a palce u nóg drętwieć.
Wyszli z wody, sapiąc, śmiejąc się, przeklinając na zmianę.
– Kurwa, zamarznę – Bartek otarł się rękami. – Jak się pochoruję, to powiem, że to przez ciebie.
– Możesz – Janek założył koszulkę na mokre ciało. – Ale będzie warto.
Usiedli z powrotem na pomoście, tym razem bliżej siebie – bardziej dla ciepła niż czegokolwiek innego. Ramiona prawie się stykały, krople wody kapały im z włosów na deski.
Bartek spojrzał w bok. Janek z rozczochranymi, mokrymi włosami, z czerwoną od zimna skórą, wyglądał inaczej niż kiedykolwiek, gdy mijał go na ulicy.
„Kurde” – pomyślał. – „To nie jest tylko nocne pływanie.”
Ale tego zdania jeszcze nie powiedział na głos.
4. Plotka z rana i pierwsze „kurwa, czemu się otworzyłem?”
Następnego dnia Bartek obudził się z bólem mięśni i lekkim bólem gardła.
„Super” – pomyślał, patrząc w sufit. – „Pierwsza noc lata i od razu wersja hardcore.”
Wspomnienie skoku do wody wróciło natychmiast. Zimno w płucach, śmiech Janka, ich ramiona ocierające się o siebie, kiedy próbowali wrócić do drabinki.
I ta dziwna, dobra cisza na pomoście, kiedy siedzieli blisko, trzęsąc się z zimna, ale jakby mniej zmarznięci w środku.
W kuchni mama krzątała się przy czajniku.
– Wyglądasz, jakby cię ktoś w nocy wyciągnął z pralki – skomentowała, kiedy wszedł.
– Gorąco było, wyszedłem na spacer – rzucił wymijająco.
– Aha – uniosła brew. – Pewnie nad jezioro. Uważaj, bo się kiedyś naprawdę przeziębisz.
„Za późno” – pomyślał.
Po śniadaniu wyszedł do sklepu po chleb. Wieś już żyła – ktoś kosił trawnik, dzieciaki jeździły na rowerkach, pod sklepem stała standardowa ekipa „od plotek i piwa”.
W kolejce usłyszał:
– No i widziałem wczoraj nocnych pływaków – rzucił Staszek, który zawsze „wszystko widział”. – Dwóch baranów na pomoście, skoki do wody jakby mieli osiem lat.
– Kto? – zapytał ktoś.
– Ten Bartek od Kowalskich i Janek od Nowaków – odpowiedział.
Bartek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
– Serio? – ktoś się zaśmiał. – Romantycznie we dwóch, co?
– Daj spokój – Staszek machnął ręką. – Gówno romantycznie, kurwa. Pomyślą później, że są nieśmiertelni, a potem strażacy będą ich wyciągać.
Kilka osób się zaśmiało, ktoś dodał coś o „głupocie młodych”. Nikt nie mówił wprost tego, czego Bartek się bał usłyszeć, ale w jego głowie i tak brzmiało głośno.
Zapłacił szybko za chleb, nie patrząc nikomu w oczy.
Na wyjściu wpadł prawie na Janka.
– O, cześć – Janek złapał się za drzwi, żeby nie stracić równowagi. – Żyjemy.
– Jak na razie – rzucił Bartek, próbując brzmieć normalnie.
Przez sekundę spojrzeli na siebie jak wspólnicy jakiegoś tajnego planu. Ale echo rozmowy spod sklepu wciąż dudniło Bartkowi w głowie.
– Słyszałem, że już jesteśmy lokalną atrakcją – powiedział Janek półżartem. – „Nocni pływacy z pomostu”.
– Ludzie zawsze muszą mieć temat – mruknął Bartek. – Jak nie skoki, to coś innego.
– No – Janek wzruszył ramionami. – Byle nie zaczęli dopowiadać za dużo.
To „dopowiadać” trafiło w czuły punkt.
– To może nie dawajmy im powodów – wypalił Bartek szybciej, niż zdążył pomyśleć.
Janek spojrzał na niego, lekko mrużąc oczy.
– W sensie? – zapytał.
– W sensie… – Bartek poczuł, że plącze mu się język. – Nie wiem. Po prostu… kurwa… trochę mnie wkurwia, że jedno skakanie do wody i już wszyscy mają story na dwa dni.
– Mnie też – przyznał Janek. – Ale jak mamy żyć tak, żeby nikt nic nie pomyślał, to możemy się od razu zamknąć w szafie.
Bartek parsknął nerwowo.
– Ty lubisz, jak o tobie gadają? – odbił.
– Nie – Janek pokręcił głową. – Ale jeszcze bardziej nie lubię udawać, że nie zrobiłem czegoś, co było zajebiście fajne, tylko dlatego, że Staszek pod sklepem musi mieć temat.
Bartek ugryzł się w język. Miał ochotę powiedzieć „dla mnie to też było zajebiście fajne”, ale słowa utknęły mu w gardle.
Zamiast tego rzucił sucho:
– Następnym razem skacz sam.
Zobaczył, jak na twarzy Janka na chwilę gaśnie uśmiech.
– Spoko – powiedział tamten cicho. – Może następny raz w ogóle nie będzie.
– Może i nie – odparł Bartek, już żałując, jak to zabrzmiało.
Ominął go i poszedł w stronę domu. W głowie dudniło mu jedno zdanie:
„Kurwa, czemu się otworzyłem?”
5. Cisza między brzegiem a wsią
Przez kilka następnych dni jezioro było tak samo spokojne jak zawsze, tylko Bartek jakoś mniej.
Wieczorami chodził innymi drogami. Czasem siadał na ławce przy sklepie, patrząc, jak słońce chowa się za polami. Czasem udawał, że ma „dużo do roboty” w domu, chociaż tak naprawdę gapił się w sufit.
Myśl o pomoście nie dawała mu spokoju.
„Mogłem nic nie mówić” – myślał. – „Po prostu przyjść, usiąść jak poprzednio. Zamiast walić tekst o ‘nie dawaniu powodów’.”
Ale za każdym razem, gdy szedł w stronę jeziora, zawracał trochę wcześniej.
Bał się dwóch rzeczy naraz: że Janek tam będzie i że go tam nie będzie.
Janek też nie przychodził.
Kilka razy jego mama widziała go, jak wieczorem kręci się koło przystanku, pali papierosa, gada z kimś przez telefon. Nad jezioro jednak nie szedł.
– Co ty tak ostatnio siedzisz pod sklepem? – zapytała go raz ciotka, u której często jadł obiady.
– Nic – wzruszył ramionami. – Po prostu wiosna.
W głowie miał inne zdanie: „po prostu spieprzyłem coś, co nawet się dobrze nie zaczęło”.
Na wsi cisza też potrafi być głośna. Wszyscy widzą, że dwóch chłopaków, którzy nagle zaczęli się ze sobą trzymać, nagle zniknęło sobie z oczu.
Nikt nie mówił tego wprost, ale Bartek słyszał półsłówka:
– Już nie siedzą na pomoście.
– Może się znudzili.
– Może jeden drugiego wkurwił.
Trafiali mniej więcej w sedno.
Wieczorami, kiedy leżał w łóżku, zamiast „nie myśleć”, robił dokładnie odwrotnie. Wracał do każdej sekundy tamtej nocy: do śmiechu, do przekleństw, do tego, jak zimna woda nagle wydawała się najmniejszym problemem, jaki miał.
Brakowało mu nie samego jeziora. Brakowało mu kogoś, kto wtedy wskoczył razem z nim – tego jednego „kumpela”, który nagle przestał być tylko kumplem w jego głowie.
6. Burza nad jeziorem i schronienie w altanie
Burza przyszła kilka dni później.
Nie taka spokojna, letnia mżawka, tylko konkretna ściana deszczu z błyskami nad lasem. Powietrze cały dzień było ciężkie, jak przed wybuchem. Wieczorem pierwsze grzmoty przetoczyły się po niebie, jakby ktoś przesuwał meble nad chmurami.
Bartek siedział w pokoju, patrząc w ciemniejące okno. Krople zaczęły stukać o parapet coraz gęściej.
– Nigdzie nie idź, bo cię trafi – rzuciła mama z kuchni.
– I tak nie miałem zamiaru – odpowiedział, chociaż część niego miała.
Burza nad jeziorem zawsze go przyciągała. Lubił patrzeć, jak błyskacja odbijają się w wodzie, jak wiatr szarpie trzcinami. Było w tym coś oczyszczającego.
Tego wieczoru jednak wygrała rozsądniejsza część. Do czasu.
Kiedy deszcz trochę zelżał, a grzmoty oddaliły się, coś go tknęło.
„Pójdę tylko zobaczyć” – pomyślał. – „Z daleka.”
Założył bluzę z kapturem, wyszedł tylnymi drzwiami, żeby nie robić szumu.
Droga była błotnista, ale znał każdy dołek. Deszcz znów się wzmagał, ale już nie wściekle, tylko równo, jak kurtyna.
Przy jeziorze wiatr był mocniejszy. Fale chlupały o brzeg, pomost wyglądał jak coś z innego świata – mokry, ciemny, błyszczący.
Bartek skręcił jednak nie w jego stronę, tylko w kierunku małej drewnianej altanki przy brzegu. Ktoś ją kiedyś postawił „dla wędkarzy”, ale częściej służyła jako schronienie przed deszczem.
Wbiegł pod dach, strzepując wodę z bluzy.
– Serio? – usłyszał głos z drugiego końca altanki. – Nawet burza nie może dać człowiekowi chwili samotności.
Odwrócił się gwałtownie.
Janek siedział na ławce, mokre włosy przyklejone do czoła, nogi podciągnięte, bluza przesiąknięta deszczem.
– Ty tu? – wyrwało się Bartkowi głupie pytanie.
– Nie, to hologram – Janek prychnął. – Przyszedłem zobaczyć, czy jezioro jeszcze jest na swoim miejscu.
Przez chwilę patrzyli na siebie, jakby nie byli pewni, kto powinien zacząć.
– Mogę…? – Bartek wskazał na drugi koniec ławki.
– To nie mój salon – wzruszył ramionami Janek. – Siadaj.
Bartek usiadł. Deszcz bębnił o dach, wiatr wciskał się między deski.
Cisza była cięższa niż ta nad wodą kilka nocy temu.
– Przyszedłeś popatrzeć na burzę czy uciec przed domem? – zapytał Janek, nie patrząc na niego.
– Trochę jedno, trochę drugie – odpowiedział Bartek. – A ty?
– Ja… – Janek zaciągnął się powietrzem, jakby to był papieros. – Uciekłem przed samym sobą.
– Wyszło ci średnio – stwierdził Bartek. – Bo właśnie na siebie trafiłeś.
Janek parsknął niechcianym śmiechem.
– Słuchaj… – zaczął po chwili. – Wiem, że tam pod sklepem wyszło… jak wyszło. I że moje gadanie typu „nie dawajmy im powodów” to była lipa.
– To ja tak powiedziałem – przypomniał mu Bartek.
– A ja przytaknąłem – Janek wzruszył ramionami. – I wiesz, co? Od tamtej pory wkurwiam się na siebie codziennie.
Bartek milczał. Deszcz trochę ucichł, ale w altance wciąż było słychać ciężkie krople spadające z dachu.
– Bo tamtej nocy… – ciągnął Janek – było mi po prostu… dobrze. Jak dawno. Bez udawania. A rano obudziłem się i od razu odpalili się ludzie, komentarze, teksty. I klasycznie zrobiłem to, co zawsze: udawałem, że mnie nie obchodzi.
– A obchodzi? – zapytał cicho Bartek.
Janek spojrzał na niego w końcu prosto.
– Obchodzi – powiedział bez śmiechu. – Bardziej niż chcę.
Bartek poczuł, że coś mu się zaciska w gardle.
– Ja też… – zaczął, szukając słów – …nie chciałem, żeby to wyszło na „przypadek po pijaku”, choć byliśmy trzeźwi jak cholera. A jak usłyszałem pod sklepem te teksty, to… spanikowałem. I wyszło, jakby to był tylko głupi wybryk.
– Kurwa, Bartek – Janek oparł czoło o dłoń. – My jesteśmy mistrzami w psuciu rzeczy, zanim się zaczęły.
– Może – zgodził się Bartek. – Ale przynajmniej umiemy to nazwać.
Znowu cisza. Tym razem mniej ciężka.
– Nie wiem, co to wszystko znaczy – powiedział w końcu Janek. – Nie mam w głowie etykietek, nie wiem, czy jestem „taki czy taki”. Wiem tylko, że jak siedzieliśmy wtedy na pomoście, to pierwszy raz od dawna czułem się… jakbym nie był sam w tej popierdolonej głowie.
Bartek odwrócił wzrok na jezioro, które z altanki było widoczne tylko fragmentami między słupami.
– Ja też – przyznał. – I właśnie dlatego się wkurwiłem. Bo nagle to nie było już „nasze”, tylko „wszystkich”.
Janek pokiwał głową.
– To może zróbmy tak – zaproponował cicho. – Że oni mogą gadać co chcą, a my i tak będziemy wiedzieć swoje. I że jak będziemy robić coś głupiego, typu skakanie do jeziora w nocy, to będziemy robić to dlatego, że chcemy, a nie dlatego, że trzeba im dać temat.
– I że nie będziemy udawać, że nic się nie stało? – upewnił się Bartek.
– I że nie będziemy nawzajem udawać, że nic się nie stało – poprawił go Janek.
Na zewnątrz znów błysnęło, ale grzmot był już dalej.
– Myślisz, że jeszcze długo będzie lać? – zapytał Bartek po chwili.
– Nie wiem – odpowiedział Janek. – Ale nawet jak przestanie, to i tak nie pójdę dziś pływać.
– Ja też nie – uśmiechnął się lekko Bartek. – Wystarczy mi jedna noc, w której prawie mi odpadły nogi.
– Za to… – Janek spojrzał na niego poważniej – …możemy się umówić na następną suchą noc. Taką… bez burzy.
Bartek poczuł, że mimo wilgoci w powietrzu robi mu się cieplej.
– Zobaczymy, co powie pogoda – rzucił.
– A ja mówię – Janek wstał powoli z ławki – że jak będzie ciepło, to przyjdę. Na ten sam pomost. Bez filmów, bez świadków.
– I bez „następnym razem skacz sam”? – zapytał z półuśmiechem Bartek.
– Bez – przyznał Janek. – Bo jak się skacze we dwóch, to jakoś łatwiej.
Na zewnątrz deszcz przeszedł w mżawkę. Burza oddaliła się za las. W altanie pachniało mokrym drewnem i czymś jeszcze – początkiem czegoś, czego żaden z nich jeszcze nie umiał nazwać, ale obaj wiedzieli, że to nie jest tylko „przypadkowa noc nad jeziorem”.
7. Ostatnia noc przed wakacjami – wybór
Burza przyszła i poszła, jakby nic się nie stało. Następne dni znów były suche, wieczory ciepłe, ludzie zaczęli mówić częściej „wakacje” niż „szkoła”.
Bartek przez chwilę miał wrażenie, że po rozmowie w altanie coś się rozplątało. Nie było od razu jak wcześniej – bezmyślnego śmiania się z byle czego – ale kiedy mijał Janka we wsi, widział w jego oczach coś więcej niż „siema”.
Przez dwa wieczory obaj nie przyszli nad jezioro. Może testowali samych siebie, może po prostu bali się, że jedna dobra rozmowa nie wystarczy, żeby wszystko się „naprawiło”.
Trzeciego dnia Bartek dostał SMS‑a.
„Będę dziś na pomoście. Jak chcesz, wpadnij. Jak nie – rozumiem.”
Patrzył chwilę na ekran, potem napisał tylko:
„Będę.”
Słońce schodziło jeszcze nad lasem, kiedy wychodził z domu.
– Znowu nad jezioro? – mama spojrzała na niego, wycierając ręce w ścierkę.
– Ostatnio i tak siedzę tylko tam albo tu – wzruszył ramionami. – Lepiej tam.
Nie odpowiedziała. Może widziała, że coś się w nim zmienia, może udawała, że nie widzi. To była jedna z tych wiejskich umów: „wiemy więcej, niż mówimy na głos”.
Droga nad jezioro tym razem była mniej ciężka. Błoto po burzy wyschło, powietrze pachniało lipą i sianem. Od strony plaży dochodził jakiś grill, ktoś puszczał muzykę, ktoś krzyczał „nie wrzucaj mnie do wody, debilu”.
Pomost był pusty. Na pierwszy rzut oka.
– Jesteś punktualny – usłyszał, zanim doszedł do końca.
Janek siedział na deskach, tym razem z ręcznikiem przewieszonym przez ramiona i dwiema butelkami napoju obok.
– Ty też – odpowiedział Bartek, siadając obok. – Myślałem, że może to był impuls po burzy.
– Mógłby być – Janek spojrzał na wodę. – Ale za bardzo mnie wkurzało, że połowę nocy myślę o tym, co powinienem ci był powiedzieć wtedy, pod sklepem, a co powiedziałem dopiero w altanie.
Bartek upił łyk z butelki.
– Lepiej późno niż wcale – stwierdził.
– To prawda, ale wolałbym bez „wcale” – uśmiechnął się krzywo Janek. – Słuchaj… zaraz wakacje się rozjadą na wszystkie strony. Ktoś wyjedzie do pracy, ktoś do miasta, ktoś będzie siedział w domu i scrollował. Nie wiem, co będzie ze mną. Naprawdę. Rodzice gadają swoje, ja swoje.
Spojrzał na Bartka poważniej.
– Ale wiem, że jak w przyszłym roku pomyślę „jakie było tamto lato?”, to chcę pamiętać, że tu siedziałem z tobą. Nie z kimś przypadkowym.
Bartek poczuł, że serce mu lekko przyspiesza, ale to już nie był ten chaosowy, paniczny rytm.
– Ja też nie wiem, co będzie – powiedział. – Czy tu zostanę, czy wyjadę. Wiem tylko, że jak kiedyś pomyślę „kto pierwszy ze mną skoczył w nocy do jeziora”, to nie chcę udawać, że nikogo nie było.
Uśmiechnęli się do siebie krótko.
– Nie mówię, że jesteśmy parą – Janek parsknął, jakby chciał rozbić zbyt poważną atmosferę. – Nie mówię, że trzeba od razu wrzucać foty z podpisem „on”. Ale…
Zawiesił głos.
– Ale? – zachęcił go Bartek.
– Ale mówię, że jak przyjdzie lato, to chcę mieć numer do kogoś, kto wie, jak wygląda to jezioro nocą, i czeka, aż mu napiszę – dokończył Janek. – I że chciałbym, żeby to byłeś ty.
Bartek zaciągnął się powietrzem, które nagle wydawało mu się cięższe od wszystkich lipowych zapachów razem wziętych.
– Mogę to ogarnąć – powiedział po chwili. – Jestem całkiem dobry w pisaniu SMS‑ów „jestem przy pomoście, przyjdź, jeśli chcesz.”
– Już widzę ten spam – Janek się zaśmiał. – Ale serio… nie uciekajmy od tego, co tu jest. Nawet jeśli nie umiemy tego jeszcze nazwać.
– Nie musimy na razie – zgodził się Bartek. – Ale możemy się umówić, że nie będziemy udawać, że nic tu nie ma.
– Umowa – Janek wyciągnął rękę.
Tym razem Bartek uścisnął ją bez wahania.
W oddali ktoś odpalił jeszcze małe fajerwerki – pewnie ktoś świętował koniec szkoły. Kolorowe światełka na chwilę rozbłysły nad drzewami i zgasły.
– Widzisz? – Janek skinął głową w tamtą stronę. – Oni tam robią swoje show. A my mamy swoje.
– Nasze jest lepsze – mruknął Bartek. – Przynajmniej bez disco polo.
Janek roześmiał się głośno.
– Okej, masz rację – przyznał. – I bez Staszka pod sklepem.
8. Brzeg jeziora o świcie – ciche happy end
Czas nad wodą ma dziwną właściwość: płynie inaczej.
Nie wiedzieli, kiedy zrobiło się naprawdę późno. Niebo z ciemnogranatowego zaczęło przechodzić w coś jaśniejszego, jakby ktoś odkręcał potencjometr światła bardzo powoli.
Siedzieli już nie na samym końcu pomostu, tylko bliżej brzegu, na krawędzi, z nogami opartymi o dolną belkę. Ręcznik Janka służył im jako prowizoryczny koc.
Rozmawiali o głupotach i o poważnych rzeczach na zmianę.
O tym, kto kiedyś chciał być strażakiem, a teraz boi się nawet zadzwonić do lekarza.
O tym, jak to jest, kiedy wszyscy pytają „a dziewczyna?”, a ty nie wiesz, co odpowiedzieć, żeby nie zrobić cyrku.
O tym, że czasem łatwiej jest skoczyć do zimnej wody niż powiedzieć proste „lubię cię bardziej niż resztę ludzi”.
– Myślisz, że kiedyś będzie łatwiej? – zapytał w pewnym momencie Bartek, patrząc, jak pierwsze ptaki zaczynają się odzywać w trzcinach.
– Nie wiem – odpowiedział Janek szczerze. – Ale myślę, że będzie inaczej. A inaczej też może być okej.
Odwrócił głowę w jego stronę.
– Dzisiaj było… – zawahał się – …inne niż wszystkie noce nad jeziorem, które miałem do tej pory. I to jest dla mnie ważne.
Bartek poczuł, że gardło mu się lekko ściska.
– Dla mnie też – powiedział. – I nie chodzi tylko o skakanie do wody.
Przez chwilę milczeli. Tylko woda delikatnie uderzała o brzeg, a gdzieś daleko zaszczekał pies.
Bartek przesunął rękę po desce pomostu. Niecelowo – po prostu odruch. Jego palce musnęły dłoń Janka.
Mógł ją cofnąć. Mógł udawać, że sięgnął po butelkę, że poprawiał ręcznik.
Nie cofnął.
Janek też nie odsunął swojej ręki.
Zamiast tego przekręcił dłoń tak, żeby ich palce się spleciły.
Nie patrzyli na siebie przez pierwsze sekundy. Patrzyli na wodę.
– Jak się z tym czujesz? – zapytał szeptem Janek.
– Jakbym w końcu zrobił coś, czego nie odwołam jutro „bo tak wyszło” – odpowiedział Bartek. – I trochę jak idiota, który boi się zwykłego trzymania za rękę bardziej niż skakania do jeziora w nocy.
– Idiota jest wtedy, kiedy ma kogoś obok i udaje, że go nie ma – stwierdził Janek. – Ty jesteś raczej… odważny z opóźnieniem.
Bartek roześmiał się cicho.
– Fajnie mieć taką specjalizację – mruknął.
Nie było filmowego pocałunku w blasku księżyca. Nie było wielkich słów typu „będziemy razem na zawsze”.
Był wschód słońca nad małym jeziorem, dwóch chłopaków na starym pomoście i ciepło czyjejś dłoni w twojej dłoni.
– Będziesz pisał? – zapytał po chwili Janek. – Jak gdzieś pojedziesz, jak coś się stanie, jak będziesz mieć głowę rozwaloną.
– Będę – przytaknął Bartek. – I ty też możesz. Nawet jak będzie druga w nocy.
– Nawet jak będę nad jakimś innym jeziorem – dodał Janek. – Świat ma ich trochę.
– Ale to jest nasze – Bartek skinął głową w stronę wody.
– Nasze – powtórzył Janek.
Siedzieli jeszcze chwilę, zanim słońce wyszło na tyle, że zrobiło się jasno jak w zwykły poranek.
Kiedy wracali do wsi, szli obok siebie drogą między polami. Żwir chrzęścił pod butami, ptaki darły się jak oszalałe, świat powoli przechodził z trybu „nocne lato” w tryb „zwykły dzień”.
Nie trzymali się już za ręce – nie tu, nie teraz. Ale co jakiś czas ich ramiona się ocierały i nikt nie uciekał.
– Jakby co – odezwał się Janek, zatrzymując się przy rozgałęzieniu dróg – to wiesz, gdzie mnie znaleźć.
– Jakby co – odpowiedział Bartek – to ty też wiesz, gdzie jest pomost.
Uśmiechnęli się do siebie. Bez wielkich planów, bez przysięgania. Ale z poczuciem, że to lato nie będzie już anonimowe.
Bartek, idąc w stronę domu, pomyślał, że jeśli kiedyś miałby opowiedzieć komuś o swojej pierwszej miłości, to nie zacznie od „w klasie poznałem dziewczynę”, tylko od zdania:
„Była noc. Jezioro. I chłopak, z którym skoczyłem do wody, zanim zdążyłem wszystko zepsuć.”
Uśmiechnął się do tej myśli.
Może jeszcze nie wiedział, kim będzie za rok, dwa, pięć. Ale wiedział jedno: że tej nocy nad jeziorem był sobą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
I że ktoś obok to zobaczył – i został.
Uwaga: To opowiadanie ma charakter fikcyjny. Wszystkie postacie, miejsca i wydarzenia są wymyślone lub celowo zmienione – ewentualne podobieństwo do prawdziwych osób i sytuacji jest przypadkowe. Tekst ma charakter wspierający i nie zastępuje profesjonalnej pomocy psychologicznej, medycznej ani prawnej. Jeśli zmagasz się z lękiem, samotnością lub trudnymi emocjami, poszukaj wsparcia u zaufanej osoby dorosłej, specjalisty albo organizacji wspierających młodzież i osoby LGBT+. Więcej kontaktów znajdziesz w zakładce „Pomoc / Wsparcie” na naszej stronie.







Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.