Praca wakacyjna nad morzem opowiadanie młodzieżowe o pierwszej miłości, odpowiedzialności i udawanym luzie. Mikołaj przyjeżdża do małej nadmorskiej miejscowości, żeby w barze z lodami i goframi zarobić na studia i wyrwać się z domu. Igor pracuje tam od czerwca – na zewnątrz wyluzowany, w środku zagubiony, przyzwyczajony do żartów zamiast szczerości. Wspólne zmiany za ladą, wieczorne spacery po promenadzie i nocny dyżur podczas burzy sprawiają, że między chłopakami rodzi się coś więcej niż „kumpelska atmosfera”. Głupi komentarz kolegi, śmiech w złym momencie i kilka cichych dni prawie psują tę relację. Dopiero ostatni wieczór na plaży i spokojna rozmowa o strachu, etykietkach i tym, co dalej po wakacjach, pokażą, czy ta letnia historia zostanie tylko wspomnieniem z pracy wakacyjnej, czy początkiem czegoś prawdziwego.
1. Pierwszy dzień w pracy nad morzem
Mikołaj wysiadł z busa i pierwsze, co poczuł, to zapach smażonej ryby zmieszany z morzem.
Nadmorska miejscowość nie była z tych z pocztówek – raczej klasyczna polska „wakacyjna rzeczywistość”: budki z lodami, goframi, frytkami, stoiska z dmuchanymi jednorożcami, krzyczące neony „LODY”, „ZAPIEKANKI”, „PAMIĄTKI”.
W plecaku miał kilka T‑shirtów, ręcznik, kosmetyczkę i wydrukowaną umowę: praca wakacyjna nad morzem w małym barze przy promenadzie. Dwa miesiące, sześć dni w tygodniu, kasa do ręki. Idealne, żeby odłożyć trochę „na studia” i trochę „na siebie”.
– Bar „U Fali”… – mruknął, czytając SMS‑a z adresem.
Znalazł go szybko. Niska budka z szerokim okienkiem, nad którym wisiał szyld z falą zrobioną z niebieskiej taśmy LED. Obok menu: lody, gofry, frytki, zapiekanki, lemoniady. Przed barem kilka stolików i rząd plastikowych krzeseł zwróconych w stronę morza.
Za ladą krzątała się kobieta po czterdziestce, właścicielka – jak Mikołaj kojarzył z telefonu. Obok niej stał chłopak, mniej więcej w jego wieku, w czarnej koszulce z logo baru. Obsługiwał ekspres do lodów w takim tempie, jakby robił to od dziecka.
– To pewnie ten nowy – powiedziała właścicielka, kiedy go zauważyła. – Mikołaj?
– Tak – skinął głową, starając się wyglądać na bardziej pewnego siebie, niż się czuł. – Dzień dobry.
– Dzień dobry, dzień dobry. Mówią mi Basia – odpowiedziała. – A to Igor. Też student‑praktykant od pracy wakacyjnej nad morzem, tylko z doświadczeniem.
Chłopak odwrócił się od maszyny.
Jasne oczy, włosy lekko podgolone po bokach, na górze dłuższe, w tej naturalnej fryzurze, która wygląda, jakby ktoś nad nią siedział godzinami, a w rzeczywistości wystarczyło przejechać ręką. Na ręku miał bransoletkę z parcianego sznurka, na koszulce małe logo „U Fali”.
– Cześć – powiedział, wyciągając rękę. – Igor.
– Mikołaj – odpowiedział, ściskając ją. Dłoń Igora była ciepła, pewna siebie.
– No to tak – Basia odłożyła łyżkę do sosu. – Igor ogarnia ci wszystko pierwszego dnia. Pokaże, gdzie są rzeczy, jak robimy gofry, jak liczyć, żeby cię nie oszukiwali na napiwkach. A potem lecicie. Sezon jest taki, że nie ma czasu na długie szkolenia.
– Damy radę – rzucił Igor. – W lipcu to już raczej żyjemy na autopilocie.
Mikołaj rozejrzał się po wnętrzu budki. Było ciasno, ale przytulnie: półki z kubkami, syropami, waflami, wielki pojemnik z ciastem na gofry, frytkownica, niewielka lodówka z napojami.
„To jest teraz mój świat na dwa miesiące” – pomyślał.
Na zewnątrz fale uderzały o brzeg, ludzie chodzili z ręcznikami, ktoś krzyczał za dzieckiem, żeby nie biegło tak daleko. A on tu, za ladą, miał wreszcie swoją pierwszą prawdziwą pracę wakacyjną nad morzem.
Nie wiedział jeszcze, że to nie morze ani kasa będą najważniejsze w tym lecie, tylko ten chłopak w koszulce z logo baru.
2. Zmiana przy ladzie – uczenie się rytmu
– Najpierw podstawy – powiedział Igor, wiążąc fartuch wokół bioder. – To jest maszyna do lodów. Biała rączka – śmietankowe, brązowa – czekolada, obie – mix. Nie robisz wieży Eiffla, tylko normalne lody, bo klient i tak nie zauważy różnicy, a my nie wyrabiamy.
Mikołaj słuchał uważnie. Lata szkolnych notatek nauczyły go zapamiętywać szybciej, niż ktoś zdążył skończyć zdanie.
– Gofry – Igor wskazał żelazko. – Tu jest ciasto, lejemy tyle, żeby przykryło, nie za dużo, bo będzie się wylewać. Jak ktoś chce „bardzo chrupiący”, trzymasz chwilę dłużej. Jak marudzi, że za miękki, mówisz, że „taki standard w Belgii”.
– W Belgii nie byłem – zauważył Mikołaj.
– Oni też nie – Igor wzruszył ramionami. – Ważne, żeby brzmiało profesjonalnie.
W ciągu pierwszej godziny przewinęła się cała galeria ludzi: dzieci z piaskiem wszędzie, rodzice z piwem w ręce, nastolatki robiące zdjęcia lodom na Instagram, starsi turyści pytający o „kawę po turecku”.
– Pamiętaj – Igor nachylił się do niego w przerwie między klientami – uśmiech to połowa napiwku. Druga połowa to nie rozlać niczego na dzieci.
– A trzecia? – zapytał Mikołaj.
– Trzecia to mieć potem siłę jeszcze wieczorem iść na plażę – Igor uśmiechnął się szeroko. – Ale to poziom zaawansowany pracy wakacyjnej nad morzem.
Mikołaj pomiędzy klientami przyglądał się Igorowi.
Był szybki, prawie bezbłędny. Miał swoje teksty na każdą sytuację:
– Dla pana duża porcja, bo pan duży bohater dzisiejszej kolejki.
– Trzy gałki? To już nie lody, to inwestycja.
Ludzie się śmiali, zostawiali drobne do plastikowego kubka przy kasie.
– Ty nie musisz być klaunem – powiedział Igor, kiedy na chwilę ustał ruch. – Możesz być „tym spokojnym, miłym”. Też działa.
– Nie wiem, czy umiem być „miłym” na zawołanie – przyznał Mikołaj. – Bardziej umiem być „poprawnym”.
– W tym kraju to już dziwne – skomentował Igor. – Ale może właśnie dlatego cię wzięli.
Ich pierwsza wspólna zmiana skończyła się późnym popołudniem. Basia policzyła utarg, pochwaliła, że „nowy szybko łapie”.
– Jutro znów razem na zmianie – rzuciła. – Uczysz się od najlepszego.
– Słyszałeś? – Igor szturchnął Mikołaja w ramię, gdy wychodzili tylnymi drzwiami. – Nie wiem, czy to ja, czy lody, ale bierzmy to na plus.
Nad morzem słońce zaczynało się chylić ku zachodowi. Powietrze było jeszcze ciepłe, ale wiatr robił się chłodniejszy.
Mikołaj poczuł zmęczenie w nogach, klejące ręce od lodów i syropów, lekki ból w ramionach od ciągłego podawania do okienka.
A jednocześnie – coś w rodzaju satysfakcji.
„To jest praca” – pomyślał. – „Prawdziwa, nie tylko szkoła.”
I gdzieś z tyłu głowy pojawiła się druga myśl:
„I to jest Igor. Prawdziwy, nie tylko z ekranu telefonu.”
3. Wieczorny spacer po promenadzie
Po zamknięciu baru Basia zamknęła kasę, zamknęła roletę i powiedziała:
– Panowie, na dziś koniec. Jutro od dziewiątej. Odpocznijcie, bo weekend się zaczyna i dopiero zobaczycie, co to kolejki.
Mikołaj już miał skręcić w stronę swojego pokoju w wynajętym domu pracowniczym, kiedy usłyszał:
– Ej, Mikołaj.
Odwrócił się.
Igor stał z rękami w kieszeniach, oparty o barierkę przy promenadzie.
– Idziesz od razu spać? – zapytał.
– Myślałem… – Mikołaj wzruszył ramionami. – Jestem padnięty.
– Jestem tak samo padnięty – przyznał Igor. – Ale mam zasadę, że jak już jestem nad morzem, to chociaż raz dziennie muszę zobaczyć plażę nie zza lady. Chodź, przejdziemy się chwilę. Jak umrzesz po drodze, to doniosę cię pod drzwi.
Mikołaj zaśmiał się cicho.
– Dobra – zgodził się. – Ale jak ja umrę, ty też nie będziesz miał z tego frajdy.
Szli obok siebie promenadą. Wieczorne nadmorskie życie kręciło się w trochę wolniejszym tempie niż w dzień: mniej dzieci, więcej par, nastolatków, grup znajomych z głośnikami Bluetooth.
Fale uderzały o brzeg równym rytmem.
– Skąd jesteś? – zapytał Igor, patrząc przed siebie.
– Z miasta trzy godziny stąd – odpowiedział Mikołaj. – Takiego, gdzie atrakcją sezonu jest nowy chodnik.
– Brzmi… stabilnie – zażartował Igor. – Ja jestem z drugiej strony kraju. U nas atrakcją sezonu jest to, że ktoś otworzył trzecią Żabkę.
– Czemu praca wakacyjna nad morzem? – spytał Mikołaj. – Masz bliżej góry, jeziora, cokolwiek.
– Tu płacą lepiej – Igor wzruszył ramionami. – I można udawać, że jest się bohaterem wakacyjnego filmu. Choć tak naprawdę to po prostu lody, gofry i spalone ramiona.
– A ty? – dodał po chwili. – Czemu tu?
– Chciałem trochę zarobić przed studiami – powiedział Mikołaj. – I… nie siedzieć całe lato w domu, gdzie wszyscy pytają co tydzień: „i co dalej?”, „i czy na pewno taki kierunek?”, „i czy masz już plan na życie”.
– Klasyka – mruknął Igor. – Myślałem, że tylko u mnie tak jest.
– Coś czuję, że nie – Natan uśmiechnął się blado. – Jak powiedziałem, że chcę studiować grafikę, to usłyszałem: „super, ale może coś pewniejszego?”. Jak powiedziałem „informatyka”, było: „o, to jest plan”.
– A co ty chcesz? – Igor spojrzał mu w profil.
Mikołaj zastanawiał się chwilę.
– Chcę… – zaczął powoli – …nie żyć całe życie tylko pod cudzy plan. A co dokładnie, to jeszcze nie wiem.
– To jesteśmy w podobnym miejscu – stwierdził Igor. – Ja wiem, czego nie chcę, ale jeszcze nie wiem, czego chcę. Na razie wiem, że nie chcę spędzić lata tylko za ladą. Dlatego ciągnę cię na ten spacer.
Zeszli z promenady bliżej plaży. Piasek był jeszcze ciepły pod stopami, nawet przez buty. Usiedli na niewysokim murku przy zejściu na plażę.
– Tu jest trochę jak reset – powiedział Igor. – Nikt nie zna twoich ocen, twoich rodziców, twojej klasy. Jak jesteś „tym od lodów”, to ludzi obchodzi tylko, czy nie wyleje ci się polewa.
– Brzmi dobrze – przyznał Mikołaj. – Zawsze byłem „tym dobrym uczniem”, „tym odpowiedzialnym”, „tym spokojnym”. Ciekawi mnie, kim jestem bez tego.
– Dla mnie jesteś gościem, który po pierwszym dniu nie spalił żadnego gofra – zaśmiał się Igor. – To już coś.
Mikołaj uśmiechnął się szerzej, niż planował.
– A ty? – spytał. – Masz ochotę być kimś innym niż „tym wyluzowanym z baru”?
Igor odchylił się na murku, patrząc w niebo.
– Może kimś, kto umie wreszcie komuś szczerze powiedzieć, co czuje – powiedział półgłosem. – Zamiast żartować za każdym razem, jak robi się poważnie.
Słowa zawisły między nimi. Niby proste, ale duże.
– Zacznij od małych kroków – odezwał się po chwili Mikołaj. – Dziś zrobiłeś pierwszy: przyznałeś, że nie chcesz tylko sprzedawać lodów całe lato.
– Drugi krok zrobię jutro – odparł Igor. – Jak znowu razem będziemy na zmianie i nie będę udawał, że cię nie lubię bardziej niż przeciętnego współpracownika.
Mikołaj poczuł, jak w brzuchu robi mu się lekko.
– Zobaczymy, czy tego nie zapomnisz po ośmiu godzinach w biegu – próbował obrócić to w żart.
– To przypomnisz mi wieczorem na promenadzie – Igor wstał. – A teraz chodź, bo jak Basia zobaczy, że padamy z nóg, to uzna, że za mało pracowaliśmy.
Wracając do swoich pokoi, Mikołaj miał wrażenie, że coś w nim się przestawiło.
Nie był już tylko „nowym od pracy wakacyjnej nad morzem”.
Był też kimś, kto czeka na kolejną zmianę… bo będzie tam Igor.
4. Nocny dyżur i burza nad morzem
Weekend zaczął się na serio. Od rana kolejki do okienka nie kończyły się ani na chwilę. Dzieci z wiadrami, rodzice z portfelami, nastolatki z telefonami, starsi turyści z pytaniami o „normalną kawę, nie z automatu”.
– To jest ten moment, kiedy praca wakacyjna nad morzem zamienia się w bieg ciągły – rzucił Igor, kiedy Basia otwierała roletę. – Oddech złapiesz najwyżej w nocy.
Mikołaj tylko skinął głową. Po kilku godzinach już wiedział, że Igor nie przesadzał. Lody, gofry, frytki, lemoniady, znowu lody. Nogi paliły, ręce przyklejały się od syropów, ale ręce i uśmiech robiły swoje.
– Dzień dobry, co dla pani? – Mikołaj wyrecytował kolejny raz.
– Trzy gałki i jeszcze gofra z bitą śmietaną – odpowiedziała kobieta w wielkim kapeluszu.
– Tylko niech pan zrobi ładnie, bo idzie na zdjęcie – dodała.
– Zrobię jak na okładkę magazynu – odpowiedział spokojnie, naśladując lekką ironię Igora.
Pod wieczór ruch trochę osłabł. Na horyzoncie zbierały się ciemniejsze chmury, wiatr zrobił się ostrzejszy.
– Chyba będzie burza – mruknęła Basia, wyglądając zza lady.
– To może być jedyna chwila, kiedy ktoś nie będzie chciał lodów – skomentował Igor.
– Zostaniecie dziś trochę dłużej, jak będzie lało? – zapytała Basia. – Trzeba będzie posprzątać po zamknięciu, a ja muszę jeszcze skoczyć po dostawę.
– Jasne – powiedział Igor.
– Spoko – dodał Mikołaj. – I tak nie mam planów.
– O, to dobrze – uśmiechnęła się Basia. – Wakacje nad morzem i zero planów poza pracą. Brzmi jak ja dwadzieścia lat temu.
Kiedy Basia wyszła, zostali tylko we dwóch, za szybą wisiało szare niebo, pierwsze krople deszczu zaczęły stukać o parapet.
– Nocny dyżur w barze „U Fali” – powiedział Igor, opierając się o ladę. – Ma to swój klimat.
– Mniej klientów, więcej rozmowy – zauważył Mikołaj.
– Zależy, czy masz ochotę gadać – Igor zerknął na niego.
Deszcz przyspieszył. Ludzie na promenadzie zaczęli się rozbiegać, parasole rozkwitły jak kwiaty, ktoś krzyknął „szybciej, bo zmokniesz”.
W barze było nagle ciepło i przytulnie. Zapach smażonego oleju mieszał się z aromatem kawy i słodką nutą gofrów.
– Dziwnie – odezwał się Mikołaj po chwili. – Niby jesteśmy w samym środku gwarnej miejscowości, a teraz czuję się, jakby to była mała, zamknięta wyspa.
– Wyspa z lodami – dodał Igor. – I z dwoma gośćmi, którzy udają, że są tylko współpracownikami.
Mikołaj spojrzał na niego z boku.
– Udajemy? – zapytał cicho.
Igor wzruszył ramionami.
– Ja całe życie coś udaję – powiedział. – W szkole „wyluzowanego”, w domu „ogarniętego syna”, tu „zawsze uśmiechniętego barmana od gofrów”. A jak zamykasz roletę i zostajesz z kimś sam, to nagle nie wiesz, kim masz być.
– To kim jesteś teraz? – Mikołaj oparł się o blat naprzeciwko.
Burza rozkręciła się na dobre. Piorun błysnął gdzieś nad morzem, chwilę później grzmot przetoczył się po niebie.
– Teraz? – Igor spojrzał mu prosto w oczy. – Teraz jestem gościem, który boi się, że jak powie głośno, co czuje, to wszystko się rozwali. Ale jeszcze bardziej boi się, że jak tego nie powie, to lato minie i nic z tego nie zostanie.
Mikołaj poczuł, jak serce mu przyspiesza. W głowie miał tysiąc potencjalnych odpowiedzi, ale wyszło tylko jedno zdanie:
– Też się boję.
– Czego? – Igor ściszył głos.
– Że to wszystko jest tylko wakacyjną iluzją – Mikołaj mówił wolniej. – Że jak wrócimy do swoich miast, szkół, planów, to pamiętać będziemy tylko to, ile sprzedaliśmy lodów, a nie to, że… było nam razem dobrze.
Przez chwilę słyszeli tylko deszcz uderzający w dach.
– Myślałem – ciągnął dalej – że przyjeżdżam tu tylko „zarobić na studia”. A tak naprawdę pierwszy raz czuję, że ta praca wakacyjna nad morzem to nie tylko kasa do ręki, ale coś, co mnie zmienia.
– Mnie też – przyznał Igor. – I to nie przez napiwki.
Uśmiechnęli się obaj, trochę nerwowo.
– Nie pytam cię teraz „kim jesteś” – dodał Igor. – Ani „jak się nazywa to, co czujesz”. Chciałem tylko, żebyś wiedział, że… kiedy myślę o tym lecie, to nie widzę tylko plaży, baru i turystów. Widzę nas dwóch za tą ladą.
Mikołaj poczuł, że robi mu się cieplej, mimo chłodu bijącego od mokrej szyby.
– To dobry kadr – powiedział. – Nawet jak burza w tle.
Igor zaśmiał się cicho.
– Byle nie zrobić z tego melodramatu – mruknął. – Lubisz melodramaty?
– Tylko jak kończą się choć trochę dobrze – odpowiedział Mikołaj.
Nie dotknęli się. Ale kiedy burza zaczęła cichnąć, a Basia wróciła z dostawą, miała wrażenie, że atmosfera w barze „U Fali” jest inna niż rano. Jakby między ladą a maszyną do lodów pojawiło się coś jeszcze.
5. Komentarz kolegów i krok w tył
Kolejne dni były intensywne. Sezon w pełni, kolejki od rana do wieczora. W przerwach krótkie wymiany zdań, porozumiewawcze spojrzenia, drobne żarty, które rozumieli tylko oni.
Wieczorami, jeśli mieli siłę, szli na krótki spacer po plaży. Czasem z innymi sezonowymi pracownikami, czasem tylko we dwóch.
Pewnego dnia do ekipy dołączył Kamil – chłopak, który robił w pobliskim fast foodzie i „znał wszystkich nad morzem”.
– No, no, tu się dobrze pracuje – skomentował, zaglądając przez okienko. – I dobra ekipa, widzę.
Wieczorem, po zamknięciu baru, kilka osób z sezonówki poszło na plażę. Kamil, dwie dziewczyny z budki z pamiątkami, ktoś z kebaba. Siedzieli na piasku, słuchali muzyki z telefonu, śmiali się z historii dnia.
Mikołaj i Igor siedzieli obok siebie, trochę z boku. Nie za blisko, nie za daleko.
– No to opowiadać – Kamil klepnął Igora w ramię. – Jak wam idzie w naszej słynnej „pracy wakacyjnej nad morzem”? Ile serc już złamaliście lodami z polewą?
– Ja to głównie łamię gofry, jak się przypalą – zażartował Igor.
– Aha, jasne – Kamil przewrócił oczami. – Widziałem, jak patrzą na ciebie dziewczyny w kolejce. A teraz jeszcze nowy kolega… – skinął głową w stronę Mikołaja. – Dobrze, że macie tu siebie, co?
W jego tonie było coś, co sprawiło, że Mikołaj automatycznie się spiął.
– W sensie? – zapytał Igor, niby lekko.
– No wiesz… – Kamil uśmiechnął się krzywo. – Zawsze razem na zmianach, razem po pracy, razem na plażę. Jak z filmu. Romantyczna praca wakacyjna nad morzem.
Kilka osób się zaśmiała. Nie głośno, ale wystarczająco, żeby dotarło.
Mikołaj poczuł, jak w brzuchu robi mu się zimno. Znał ten klimat aż za dobrze: pół‑żarty, podteksty, „nic nie mówimy wprost, ale wszyscy wiemy”. Jeszcze w liceum słyszał takie teksty o innych, czasem o sobie.
Spojrzał na Igora. Przez sekundę miał nadzieję, że ten powie coś typu „daj spokój, nic cię to nie obchodzi”.
Zamiast tego usłyszał:
– Eee, Kamil, przestań – Igor zaśmiał się nerwowo. – Po prostu pracujemy razem. Nie dorabiaj historii. Mikołaj jest tu pierwszy raz, nie strasz go, że od razu musi się we mnie zakochiwać.
Śmiech. Tym razem głośniejszy.
– Spokojnie, ja nie konkuruję – Kamil podniósł ręce. – Róbcie, co chcecie. Ja tylko żartuję.
Wypowiedział to słowo w ten sposób, który Niko znał aż za dobrze: „żartuję” jako przykrywka dla tego, co naprawdę myślisz.
– Jasne – powiedział Igor. – Żarty są spoko.
Mikołaj nie odezwał się ani słowem. Patrzył w ciemność nad wodą, słuchał śmiechów, czuł, jak wszystko, co zbudowali w noc burzy, nagle się chwieje.
Po chwili podniósł się.
– Idę już – rzucił. – Jutro rano mamy zmianę.
– Tak wcześnie? – zdziwił się ktoś.
– Wolę nie zaspać – odparł. – Dobranoc.
Nie czekał na odpowiedź. Szedł po miękkim piasku w stronę ośrodka, czując, jak z każdym krokiem jego gardło zaciska się coraz bardziej.
Za plecami usłyszał jeszcze tylko, jak Kamil mówi coś o „wrażliwym nowym”, a Igor śmieje się razem z resztą.
Ten śmiech zabolał najbardziej.
6. Dni w pracy bez słów
Następnego dnia bar „U Fali” znów działał od rana jak maszyna.
– Dzień dobry, lody, gofry, frytki! – Basia tradycyjnie przywitała pierwszych klientów.
Mikołaj wszedł na zmianę punktualnie, z zaciągniętym kapturem bluzy i krótkim „cześć” w stronę Igora.
– Siema – odpowiedział Igor, jakby nic się nie stało.
Praca wakacyjna nad morzem miała tę cechę, że nie dawała miejsca na długie rozmowy, jeśli był ruch. A ruch był. Lody, gofry, frytki, lemoniady, powtórz.
– Dwa śmietankowe, jeden czekoladowy – rzucał Igor.
– Gofr z cukrem pudrem, bez polewy – dokładał Mikołaj.
Ich synchronizacja była perfekcyjna. Wymiana łyżek, podawanie kubków, liczenie reszty – wszystko działało jak dobrze naoliwiony mechanizm.
Tylko między przerwami mechanizm się zacinał.
Kiedy nie było klientów, zapadała niezręczna cisza.
– Trzeba dolać ciasta do gofrów – mówił Igor.
– Już dolewam – odpowiadał Mikołaj.
– Sprawdzisz napoje w lodówce?
– Sprawdzę.
Jedno, dwa zdania. Zero z tych półżartów, półwyznań z poprzednich dni.
Pod koniec zmiany Basia wyszła na chwilę do magazynu, zostawiając ich samych.
– Możemy pogadać? – rzucił Igor, opierając się o ladę.
– O czym? – Mikołaj nie odwrócił wzroku od mokrej ściereczki, którą wycierał blat.
– O wczoraj – odpowiedział Igor. – Wiem, że zachowałem się jak idiota.
– Mamy dużo pracy – uciął Mikołaj. – Lepiej ogarnijmy wszystko przed zamknięciem.
To nie był jego typowy ton. Był twardszy, niż sam się spodziewał.
Igor zacisnął usta.
– Okej – powiedział tylko.
Wieczorem Mikołaj nie czekał na żaden spacer po promenadzie. Wyszedł z baru, poszedł prosto do pokoju i po prostu padł na łóżko, gapiąc się w sufit.
„Oczywiście, że tak będzie” – myślał. – „Wakacyjna historia, ktoś spanikuje, pójdzie w śmiech, koniec.”
Sięgnął po notes. Otworzył go na stronie, gdzie kiedyś napisał: „Praca wakacyjna nad morzem – nie tylko lody, ale i ludzie”.
Dopisał: „I ich strach”.
Przez kolejne dwa dni wszystko wyglądało podobnie.
Rano – praca, krótkie, techniczne zdania.
Wieczorem – osobne drogi. Igor czasem siedział na plaży z ekipą z innych budek, Mikołaj chodził sam brzegiem lub zostawał w pokoju.
Z zewnątrz mogli wyglądać jak dwóch zwykłych sezonowych pracowników. W środku – jak dwie osoby, które nagle nie wiedzą, co zrobić z tym, że coś się między nimi zaczęło i zostało uderzone w najczulsze miejsce.
Mikołaj coraz częściej łapał się na tym, że bardziej niż zmęczenie pracy boli go ta cisza. I że bardziej niż burzy z pierwszej nocy boi się tego, że lato minie, a oni rozejdą się jak obcy.
Nie wiedział jeszcze, że przed końcem sezonu będzie jeszcze jedna noc, w której będą musieli zdecydować, czy ich historia skończy się jak typowe „wakacyjne zauroczenie”, czy jednak jak coś, co można zabrać ze sobą dalej.
7. Finał sezonu – ostatni wieczór na plaży
Sierpniowe słońce zaczęło coraz niżej opadać nad horyzontem, a Basia po raz pierwszy wspomniała głośno słowa, które wisiały w powietrzu od kilku dni:
– Koniec sezonu, chłopaki. Jeszcze tydzień i wracacie do swoich miast.
Mikołaj poczuł lekkie ukłucie w brzuchu. Z jednej strony – zmęczenie dawało już o sobie znać. Z drugiej – perspektywa powrotu do „normalnego życia” bez baru, morza i Igora wydawała się dziwnie pusta.
Ostatnia wspólna zmiana przypadła im w sobotę wieczorem.
– Symbolicznie – mruknęła Basia, kładąc rękę na ramieniu najpierw jednego, potem drugiego. – Jak zaczynaliście razem, tak i razem zamkniecie.
Przez cały dzień pracowali jak zawsze – szybko, sprawnie, prawie bez słów. Jakby między nimi została tylko rola „zespołu do obsługi turystów”.
Kiedy zamknęli roletę po raz ostatni, Basia przytuliła ich krótko.
– Dzięki wam ten bar jakoś ten sezon przeżył – powiedziała. – I ja też.
– To my dziękujemy – odpowiedział Mikołaj.
– Nie rozpływajcie się tu w emocjach, bo jeszcze wrócicie – próbowała zażartować. – Idźcie na plażę, chłopaki. Macie po dwadzieścia lat, a nie po pięćdziesiąt.
Uśmiechnęli się obaj, ale tylko Igor zostało jeszcze coś do zrobienia.
Gdy Basia poszła do magazynu, odchrząknął.
– Mikołaj – zaczął, stojąc ciągle przy ladzie. – Możemy… możemy się dziś wieczorem spotkać? Tak po pracy. Na plaży. Bez ekipy.
Mikołaj spojrzał na niego uważnie.
– Po co? – zapytał spokojnie.
– Bo jak wrócisz do domu, a ja do swojego miasta – odpowiedział Igor – to będę żałował do końca życia, że nie powiedziałem ci czegoś do końca. A mam już jedną taką rzecz na sumieniu z tych wakacji i mi wystarczy.
Chwila zawahania.
– Dobrze – powiedział w końcu Mikołaj. – O której?
– Po dwudziestej pierwszej – odparł Igor. – Jak już zrobi się mniej ludzi i więcej morza.
Kiedy przyszedł na plażę, było tak, jak Igor przewidział.
Zostało tylko kilka par siedzących na kocach, grupka nastolatków z głośnikiem, który grał coś w tle, i ciszej niż zwykle szumiące fale.
Igor siedział na piasku niedaleko wody, kolana podciągnięte pod brodę.
– Myślałem, że nie przyjdziesz – powiedział, kiedy Mikołaj usiadł obok.
– Myślałem, że może nie chcesz, żebym przyszedł – odpowiedział tamten.
Uśmiech Igora był słaby, ale szczery.
– Ja… – zaczął, szukając słów. – Chciałem cię przeprosić jeszcze raz. Nie tak „przy kasie”, między goframi, tylko naprawdę.
– Za Kamila i tamten wieczór na plaży – dopowiedział cicho Mikołaj.
– Tak – Igor skinął głową. – Za ten śmiech, który nie był nawet śmieszny. Za to, że zamiast powiedzieć „spadaj” komuś, kto żartuje twoim kosztem, wybrałem łatwiejsze „haha, nic się nie dzieje”.
Przez chwilę patrzyli w fale.
– Wiesz, dlaczego tak zrobiłem? – zapytał Igor.
– Bo się bałeś – odparł Mikołaj.
– Bo całe życie uczono mnie, że jak ktoś „złapie temat”, to lepiej się śmiać razem, niż być po tej drugiej stronie – Igor mówił powoli, jakby układał każde zdanie w myślach, zanim je wypowie. – A tu nagle okazało się, że „tematem” jestem ja. I ty. I to, co między nami.
Zacisnął dłonie na piasku.
– I wiesz co? – dodał. – Nienawidziłem siebie za to, jak zobaczyłem twoją minę. Nie Kamila. Siebie.
Mikołaj przełknął ślinę.
– Bałem się, że dla ciebie będę tylko „typem od lata nad morzem” – przyznał. – Że wrócisz do domu i najwyżej powiesz komuś: „był taki chłopak, fajnie się z nim gadało, szkoda, że się trochę przypał zrobił”.
– A ja boję się, że jak wrócę i nic z tym nie zrobię – Igor spojrzał na niego – to się obudzę za rok, dwa, pięć i będę pamiętał głównie to, że brakło mi odwagi.
Na chwilę zamilkli. Nad morzem przeszła ciepła fala powietrza.
– Nie wiem jeszcze, jak to nazwać – kontynuował Igor. – „Jesteś moim chłopakiem” brzmi jak deklaracja na wieczność, a „dobrym kolegą z pracy” brzmi jak kłamstwo. Ale wiem, że kiedy myślę o tym lecie, to pierwsze, co widzę, to nie bar „U Fali”, tylko twoją twarz po zamknięciu rolet.
Mikołaj poczuł, że w oczach zaczyna mu się robić mokro. Otarł to rękawem, udając, że to tylko wiatr.
– Ja też nie mam etykietek na to wszystko – powiedział. – Ale jak piszę w głowie swoje historie, to ta nasza… jest jedyną, której jeszcze nie chcę kończyć.
– To może nie kończmy – Igor uśmiechnął się lekko. – Może po prostu zrobimy z tego przerwę reklamową.
– Przerwę reklamową? – Niko parsknął.
– No wiesz – Igor wzruszył ramionami. – Lato się kończy, ale nie wyrzucasz telewizora. Po prostu zmienia się odcinek.
– I gdzie będzie następny? – zapytał Mikołaj.
– Gdzieś pomiędzy twoim miastem a moim – odpowiedział Igor. – Pociągi kursują, internet działa. Możemy nawet spotkać się kiedyś w połowie drogi. Albo po prostu przyjechać do siebie na weekend.
– Myślisz, że to nie będzie tylko „wakacyjna historia”? – dopytał Mikołaj.
– Myślę, że będzie taka, jak ją napiszemy – stwierdził Igor. – A ja chcę ją pisać dalej. Z tobą.
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego przesunął rękę po piasku tak, że ich palce się zetknęły.
Tym razem Igor nie odsunął się. Jego dłoń została, ciepła, stabilna.
– Wiesz, że jak wrócimy, będzie trochę trudniej niż tu? – powiedział po chwili Mikołaj. – Tam nie będzie morza jako tła.
– Może i dobrze – odparł Igor. – Będzie za to bardziej widać, czy chodziło o morze, czy o nas.
8. Decyzja na „po wakacjach” – spokojne happy end
Następnego ranka plaża była prawie pusta. Sezon jeszcze trwał, ale poranna godzina należała do biegaczy, właścicieli psów i… ludzi, którzy żegnali się z morzem.
Mikołaj przyszedł z niewielką walizką. Bus miał mieć odjazd za godzinę.
Igor czekał już na nim przy zejściu na plażę, z kubkiem kawy w ręku.
– Dla ciebie – podał mu jeden. – Nie wiem, jak będziesz funkcjonował bez naszego ekspresu.
– Jakoś przeżyję – uśmiechnął się Mikołaj, biorąc kubek.
Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc na fale.
– Bałem się, że nie przyjdziesz – przyznał Igor.
– Bałem się, że jak przyjdę, to będzie trudniej wyjechać – odpowiedział Mikołaj.
– I jest? – spytał Igor.
– Jest – przyznał. – Ale dobrze.
Usiedli na piasku, trochę w cieniu wydmy, z dala od wejścia.
– Wiesz… – zaczął Mikołaj – …jak wrócę do domu, znowu zaczną się pytania: „jak było?”, „ile zarobiłeś?”, „czy warto jechać na pracę wakacyjną nad morzem?”.
– I co odpowiesz? – zapytał Igor.
– Że warto – Mikołaj popatrzył mu w oczy. – Bo oprócz pieniędzy przywiozłem coś, czego się nie da kupić.
– Patos – zaśmiał się Igor cicho. – Ale taki, który lubię.
– Ty co powiesz? – odparł Mikołaj.
– Że też warto – stwierdził Igor. – Bo pierwszy raz nie chcę udawać, że to było „tylko lato”.
Wyciągnął telefon z kieszeni.
– Daj – powiedział. – Zanim zacznę filozofować bardziej niż ty.
– Co? – zdziwił się Mikołaj.
– Twój numer. – Igor wszedł w kontakty. – I miasto, w którym mieszkasz. I wszystkie szczegóły, które pozwolą mi cię namierzyć w listopadzie.
Wpisali numery, miasta, nawet krótkie opisy, jak kiedyś przy poznawaniu nowych ludzi na koloniach, tylko że tym razem obaj wiedzieli, że to nie jest „na pamiątkę”.
– Wiesz, że może być różnie? – powiedział poważniej Igor. – Studia, praca, życie. Może nie będzie łatwo.
– Wiem – odpowiedział Mikołaj. – Ale wiem też, że jeśli nawet się nie uda, to wolę mieć historię, w której próbowaliśmy, niż taką, w której nigdy nie wyszliśmy poza ladę.
Igor skinął głową.
– To spróbujmy – powiedział. – Nie obiecuję ci „na zawsze”, bo sam nie wiem, co będzie. Ale obiecuję, że nie będę udawał, że tego lata cię tu nie było.
Mikołaj uśmiechnął się lekko.
– Wystarczy – stwierdził.
Bus zatrąbił gdzieś z tyłu, przy ulicy.
– To chyba twoje wołanie – rzucił Igor.
– Chyba tak – Mikołaj wstał, otrzepując spodnie z piasku.
Przez moment stali naprzeciw siebie, nie wiedząc, jaki gest jest „odpowiedni”. Uścisk dłoni? Klepnięcie w ramię? Coś innego?
Igor zrobił pierwszy krok. Objął go krótko, mocno. Nie za długo, nie teatralnie. Po prostu tak, jak obejmuje się kogoś, kogo nie chce się tracić z życia.
– Do zobaczenia – powiedział mu do ucha.
– Do zobaczenia – powtórzył Mikołaj.
Kiedy szedł w stronę przystanku, czuł na plecach jego spojrzenie. Nie oglądał się od razu. Dopiero kiedy wsiadł do busa i usiadł przy oknie, podniósł wzrok.
Igor stał przy barierce, machając lekko. W słońcu wyglądał jak część tego miejsca: morze, piasek, budka z lodami i on.
„Praca wakacyjna nad morzem opowiadanie młodzieżowe” – pomyślał Mikołaj z lekką autoironią. – „Tylko że tym razem to nie jest historia o kimś innym. To jest moja.”
Telefon zawibrował.
„Jak dojedziesz, daj znać. I jak będziesz miał kiepski dzień, też. M.”
Mikołaj uśmiechnął się sam do siebie.
Za oknem morze powoli znikało, ustępując miejsca lasom, polom, miastom. Ale ciepło w środku zostało.
Nie wiedział, jak długo to potrwa, jak to się rozwinie, jak nazwą to inni. Wiedział jedno: że pozwolił sobie przeżyć coś prawdziwego. I że jest ktoś, kto tę prawdę widział i nie uciekł.
Jak na pierwszy własny wakacyjny rozdział – to było bardzo dużo.
Uwaga: To opowiadanie ma charakter fikcyjny. Wszystkie postacie, miejsca i wydarzenia są wymyślone lub celowo zmienione – ewentualne podobieństwo do prawdziwych osób i sytuacji jest przypadkowe. Tekst ma charakter wspierający i nie zastępuje profesjonalnej pomocy psychologicznej, medycznej ani prawnej. Jeśli zmagasz się z lękiem, samotnością lub trudnymi emocjami, poszukaj wsparcia u zaufanej osoby dorosłej, specjalisty albo organizacji wspierających młodzież i osoby LGBT+. Więcej kontaktów znajdziesz w zakładce „Pomoc / Wsparcie” na naszej stronie.







Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.